niedziela, 1 listopada 2015

"Żelazna" surówka

Trzy lata temu, zapewne mniej więcej o tej porze, też pisałam post. Pijąc kawkę z mlekiem z orzechów włoskich, pełna szlachetnego zapału, porównywałam wegan (w tym i siebie) do bułgarskich budzicieli narodu... Niestety jakiś czas później mój zapał osłabł i znów stałam się "tylko" wegetarianką kreującą beznabiałowe potrawy.

Teraz jem chałwę (wegańską), piję espresso i piszę w nieco mniej patetycznym tonie. Podjęłam kolejną próbę, tym razem stopniową i od kilku tygodni unikam większości produktów pochodzenia odzwierzęcego. Odstawiłam masło, żółty ser, ukochany twaróg śmietankowy ze Strzałkowa, jogurt naturalny, a nawet mleczną czekoladę. Właściwie z niewegańskich rzeczy spożywam jedynie miód i wiejskie jajka (te ostatnie właściwie muszę - co kilka dni podaję Wielorybowi pół żółtka, a reszty jajka przecież nie wyrzucę... Mąż zaś nie przepada). 
Ponowny zwrot ku weganizmowi zapoczątkowała książeczka "Cielątko poznaje świat", a także wyszukiwanie informacji dla pewnej osoby twierdzącej, że istnieje pewien rodzaj krów, które dają mleko same z siebie, niezależnie od posiadania cielaka. Później obejrzałam sobie wykład Gary'ego Yourofsky'ego, który od lat trzymam w jednej z "zakładek", poczytałam również dla odświeżenia pamięci kilka artykułów. Nie bez znaczenia jest również fakt, że sama jestem matką karmiącą. Jakbym się czuła, gdyby odebrano mi N. zaraz po porodzie? Gdyby mleko produkowane dla mojej córeczki było odciągane dla zaspokajania czyichś chorych apetytów? 

Wczoraj wybrałam się z Wielorybkiem na dłuuugi spacer. Pchałam i ciągnęłam wózek (głównie plażą) aż do molo w Orłowie! Mimo wysiłku strasznie przemarzłam, dlatego skusiłam się na kawkę z mobilnej kawiarenki Cup&Cakes.



Początkowo zamierzałam kupić podwójne espresso z syropem, lecz dowiedziawszy się, że kawiarnia ma w asortymencie... mleko sojowe (miłe zaskoczenie), zdecydowałam się na latte. Nie poczułam najmniejszej różnicy między latte sojowym a krowim (czyżbym została oszukana? ;) - było pyszne i rozgrzewające.

A teraz czas na przepis. Poniższą surówkę przyrządzam zawsze, gdy serwuję N. krem z buraka (średnio raz w tygodniu).


ŻELAZNA SURÓWKA :)

Składniki:
1/3 selera
1 burak
2 plasterki cebuli
1 czubata łyżka natki pietruszki
3 łyżki prażonych pestek dyni
sok z 1 grubego plasterka cytryny

Seler i burak kroję w grubą kostkę, dodaję posiekaną cebulę i natkę pietruszki oraz pestki dyni. Wyciskam sok z cytryny*. Mieszam. Spożywam :]



*Po Babuńci "odziedziczyłam" masę specjalistycznych sprzętów kuchennych, m.in. maszynę do sorbetów, lejek do słoików i wyciskacz do pojedynczych plasterków cytryny...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz