sobota, 28 listopada 2015

Surówka z czerwonej kapusty

Wczoraj i przedwczoraj zajmowałam się gruntownymi porządkami w kuchni, a raczej jej reorganizacją. Skłonił mnie do tego potworny bałagan w spiżarni (charakteryzujący się ogólnym chaosem i brakiem miejsca na jakiekolwiek dalsze zapasy) oraz zbliżające się wielkimi krokami święta. Kiełkownica, stos plastikowych misek, kilkanaście podstawek pod garnki, wielki kosz wiklinowy, dwie spore donicomisy, bidon, trzy plastikowe butelki po wodzie i tym podobne akcesoria opuściły spiżarnię raz na zawsze, aby znaleźć się w innych częściach kuchni/mieszkania/świata. ;) "Inne części kuchni" pozbyły się przy okazji wielu niepotrzebnych, nieużywanych sprzętów, których nie będę wymieniać. Wokół zapanował przyjemny ład i pojawiły się "raptem" wolne przestrzenie kuchennych blatów. :) Aż nie do wiary, że nie zabrałam się za to wcześniej! A już zupełnie nie pojmuję, jak w takiej małej kuchni mieściła się Babuńcia, która trzymała tam m.in.dwa razy więcej garów i kuchenkę mikrofalową!
Napracowałam się, że hej! Kręgosłup wołał o zmiłowanie. Nawiasem mówiąc przy codziennym dźwiganiu Wieloryba wiele nie trzeba, aby bolał...

Dość biadolenia. ;) Czas na przepis.

SURÓWKA Z CZERWONEJ KAPUSTY
(przy niej mogą się schować wszelkie zasmażańce)



Składniki:
1 mała główka czerwonej kapusty
1 średnia cebula
2-3 łyżki oliwy z oliwek
sok z 1 grubego plasterka cytryny
sól, pieprz

Główkę kapusty pozbawić wierzchnich liści, umyć, pokroić na krzyż (poczynając od "czubka" główki). Z każdej części wyciąć głąb, następnie przekroić wzdłuż raz lub dwa razy; poszatkować.  Posolić, popieprzyć, dodać posiekaną cebulę i sok z cytryny. Ugniatać kilka minut ręką. Wlać oliwę, wymieszać, ewentualnie doprawić. Wstawić do lodówki na kilka godzin, aby się przemacerowało.
Powyższa receptura przekazywana jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Pod inną postacią czerwonej kapusty nie jadam.


czwartek, 26 listopada 2015

Zupa pomidorowa i włoszczyźniana pasta do chleba

Długo nie potrafiłam ugotować smacznej zupy pomidorowej. Wypróbowałam kilka przepisów, po czym dałam za wygraną. Niedawno jednak podążyłam za kulinarną intuicją i bez większego wysiłku upichciłam pyszną pomidorówkę - tak po prostu! :)


Składniki:
paczka mrożonej włoszczyzny w paskach (450 gramów)
trochę świeżej włoszczyzny, np. 2 marchewki lub kawałek pora - zależnie od upodobań
2 przeciery pomidorowe po 500 mililitrów
2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
3-4 kuleczki ziela angielskiego
2 listki laurowe
sól, pieprz
ugotowany makaron/ryż

Do garnka wrzucamy włoszczyznę (świeżą oczywiście uprzednio myjemy, obieramy i kroimy na mniejsze kawałki), ziele angielskie, listki laurowe; wlewamy 1,5 litra wody i gotujemy. Gdy warzywa zmiękną, wyławiamy (na oko) połowę włoszczyzny z mrożonki - żeby zupa nie była zbyt gęsta. Wlewamy przeciery pomidorowe, dodajemy koncentrat pomidorowy, przyprawiamy. Zagotowujemy. Gorącą zupą zalewamy porcję makaronu lub ryżu. Jemy!

Wskazówka: pomidorówka będzie jeszcze smaczniejsza, jeśli część włoszczyzny podsmażymy na oleju.

Wyłowioną z zupy włoszczyznę możemy wykorzystać na wiele sposobów, np. zrobić błyskawiczną pastę do chleba. Wystarczy dodać czubatą łyżkę dobrze rozmoczonych płatków owsianych (i co tam jeszcze mamy pod ręką), przyprawić, zblendować i dorzucić jakąś posiekaną zieleninę: natkę pietruszki, jarmuż, sałatę, itp.


środa, 25 listopada 2015

15 powodów by przejść na weganizm

Znów jest środek nocy. 
Mała obudziła mnie na karmienie, później trochę marudziła, a gdy w końcu padła w objęcia Morfeusza, ja się jakoś rozbudziłam. Poza tym nie mogę spokojnie udać się do sypialni i zasnąć, gdy N. śpi na brzuchu (zwiększone ryzyko śmierci łóżeczkowej). Zapewne przed położeniem się, spróbuję ją delikatnie obrócić na plecy.
Przeglądałam wegańskie blogi i mimo skandalicznej pory, postanowiłam podzielić się świetnym artykułem z Herbivore's meals. Wklejam poniżej obszerne fragmenty i zachęcam do zaznajomienia się z oryginałem - autor wzbogacił swój tekst w wiele interesujących tabel i obrazków.


15 powodów by przejść na weganizm
    
"Dlaczego jesteś weganinem/weganką? Dlaczego nie jesz mięsa?" - ot, podstawowe pytania zadawane osobom zachowującym abstynencję od pokarmów odzwierzęcych. Zapytana osoba może z siebie wyrzucić "A dlaczego Ty nie jesteś?" (co, nota bene, jest ciekawą odpowiedzią), strzelić jadem w splunięciu "Bo to padlina!" (swoją drogą, przepiękny stosunek do zwierząt), ale może też wymienić kilka porządnych powodów. I do tego gorąco zachęcam, jeśli tylko rozmówca wyrazi realne zainteresowanie, a nie będzie parskać przy pytaniu niczym opity Coca Colą koń.
(...)

1. Zmniejszenie cierpienia zwierząt

Powód najprostszy i zarazem najlepszy. Nie jedząc mięsa, nie napędza się popytu i tym samym rzeźniczych incydentów. Nie jedząc nabiału, nie bierze się udziału w odbieraniu cielaków krowom z przeznaczeniem na podtuczenie i ubój albo wątpliwej jakości karierę mlekodawczyni. Nie jedząc jajek, nie przykłada się ręki do mielenia kurczaków płci męskiej żywcem w rozdrabniaczach. Nie kupując żelatyny czy galaretek nią zawierających, nie aprobuje się przerażającego przetwórstwa zwierzęcych szkieletów. Nie kupując miodu pochodzenia ogólnodostępnego, nie uczestniczy się w zabieraniu pszczołom pożywienia umożliwiającego im przetrwanie zimy. Nie wynosząc ze sklepu sweterka z angory, nie wspiera się obdzierania królików żywcem z sierści na chińskich fermach. I tak można wymieniać w nieskończoność.
(...)

2. Lżejsze samopoczucie

Mięso, nabiał, jajka, kiełbasy - to wszystko są to produkty ciężkostrawne. Tego raczej nie trzeba bardziej opisywać. Dodatkowo, weganie dzięki wyeliminowaniu produktów odzwierzęcych statystycznie spożywają mniej białka (tutaj przypominam, że wysoka podaż białka zwierzęcego jest szczególnie niebezpieczna dla zdrowia i działa kancerogennie i naprawdę nie wiem, dlaczego jest to tak ochoczo ignorowane) i tłuszczów, co wraz z wyższą podażą węglowodanów i większą gęstością odżywczą pożywienia silnie promuje dobre samopoczucie, odporność, zdrowie i poczucie "mocy".

3. Dłuższe życie

Nikt Ci nie zagwarantuje, że nie przydarzy Ci się nieszczęśliwy wypadek (absolutnie nie życzę!), ale statystycznie ten fakt znajduje potwierdzenie. Samo obniżenie spożycia mięsa wydłuża życie o ponad 3 i pół roku (badanie - klik). Podobno przy wegetarianizmie jest to nawet 10 lat - strach się bać, czego można oczekiwać od diety wegańskiej, gdzie całkowicie wyklucza się tak zwiększające ryzyko zgonu składniki, jak żelazo hemowe czy IGF-1 ;P Jednak wszyscy doskonale wiemy, co oznacza "dłuższe życie"... dłuższe emerytury!


4. Ograniczenie zużycia wody na świecie

Ilość zużytej wody do wyprodukowania jakiegoś produkty nazywa się śladem wodnym. Przyjmuje on różne wartości. Do wyprodukowania: 1 kilograma bananów zużywa się około 800 litrów wody; z kolei 1kg kurczaka - 4 500 l, a wołowiny - aż 16 000 litrów. W przypadku warzyw jest to zazwyczaj około 350 litrów/kg, a zbóż - 1 600 litrów. Orzechy są tutaj roślinnymi rekordzistami z wynikiem 9 000 litrów na kilogram, z tym że ich wartość energetyczna znacznie przewyższa mięso.
(...)
Jeśli więc założyć, że 10-minutowy prysznic zużywa około 60 litrów wody, to zjedzenie na obiad kotleta schabowego z piersi kurczaka jest równoznaczne z niekąpaniem się przez 2 tygodnie, zaś w przypadku burgera z wołowiny - to aż dwa miesiące. O śladzie wodnym skóry wolę nawet nie wspominać, gdyż jest on zastraszający, bo skóra to jedynie powłoka ciała. Samo jedynie wykluczenie spożywania mięsa i nabiału zniesie zużycie zasobów wody bardziej niż jakikolwiek inny czynnik w skali światowej.
(...)

5. Oszczędność

Produkty odzwierzęce są po prostu drogie. Jeśli oprzeć swoje odżywianie o naturalne, nieprzetworzone produkty, to można zaoszczędzić furę kasy (serio, furę). Przykładowo: zamiast kilograma twarogu, czyli około 10zł, można kupić 2,5kg kaszy gryczanej. W przypadku pierwszym jest to około 1200 kalorii, a w drugim - 7500. Dylemat pod tytułem "czym się można najeść" pozostawię do przemyślenia. A większość produktów odzwierzęcych wcale nie kosztuje po 10 złotych za kilogram.

6. Ograniczenie zanieczyszczenia środowiska

Przemysł oparty o masową hodowlę zwierząt jest nawet bardziej niebezpieczny dla środowiska niż cały transport na świecie (tak, te tankowce, co dowożą banany, też się liczą ;). Ponad połowa, bo ponad 51%, gazów cieplarnianych pochodzi z "uprawy" zwierząt (źródło - klik). Dla porównania - samochody produkują 13%. To na przykład metan, który krowy wypuszczają przez otwory analne. Chów przemysłowy produkuje także przeolbrzymie ilości kału, moczu i np. kostnych pozostałości ciał, a także zanieczyszcza ogromne ilości wody, które nie mogą zostać zneutralizowane w takiej skali. Nie ma rzeczy bardziej dewastującej środowisko niż właśnie przemysł oparty o hodowlę zwierząt z choćby kilku powodów - zapotrzebowanie jest ciągłe, jednocześnie bardzo duże, a "procesy produkcyjne" wymagają ogromnych ilości wody i energii w postaci żywności.
(...)

7. GMO

Ciekawa sprawa. Kiedy jakiś produkt spożywczy jest wyprodukowany z np. soi modyfikowanej genetycznie, to jest niemal od razu bojkotowany. Swoją drogą, produktów wegetariańskich pochodzenia GMO w sklepach nie sposób znaleźć, nie mówiąc już o samej soi GMO. Za to już niewiele osób zwraca uwagę, że rośliny genetycznie zmodyfikowane są obecne na przykład w parówkach czy szynkach. Na dodatek - zwierzęta są pasione paszą z upraw GMO (np. kukurydza, soja, pszenica, rzepak). Na drugi dodatek - same zwierzęta są genetycznie zmodyfikowane, aby dawały więcej mleka/szybciej rosły/znosiły więcej jajek. Pozostaje więc nieskomplikowany wybór. Można wybrać albo trzy w jednym albo owalne zero.

8. Pestycydy i antybiotyki

Ilość pestycydów w tkankach organizmów żywych wzrasta średnio około 10-15 razy na każdy szczebel łańcucha pokarmowego. To główny powód, dla którego nie jada się mięsa drapieżników. Spożywając żywność wegańską korzystamy jedynie z podstawy piramidy troficznej, jaką są producenci, czyli rośliny. To teraz ta gorsza strona medalu... Trzoda chlewna, bydło czy ptactwo nie żywi się jedynie roślinami (patrz: zbożem). Drobne zwierzęta morskie mieli się w celu uzyskania "mączki rybiej", która jest używana jako wysokobiałkowa pasza dla świń, kur czy krów. Mało tego. W celu ponownego wykorzystania przetwarza się także kręgosłupy, krew, rogi, kopyta, kości, jelita i inne wnętrzności zwierząt hodowlanych (czyli narządy, w których gromadzą się przez całe życie pestycydy i antybiotyki), a potem karmi się tą mieszaniną zwierzęta, które następnie mają trafić na ludzki talerz lub służyć jako odzienie w formie futra. Krowy stały się morskimi drapieżnikami żywiąc się organizmami, które żyją w przecież i tak już zanieczyszczonych wodach. Zwierzęta głównie roślinożerne, które były karmione zwierzętami, są pokarmem dla innych zwierząt głównie roślinożernych... Przepraszam, czy to weganizm jest ekstremalny?
A w USA przeznacza się dla zwierząt około 4 razy więcej antybiotyków niż dla ludzi.

9. Będziesz modny/a!

Doszły mnie słuchy, że panuje teraz jakaś "moda na weganizm", że to tylko chwila, że szybko się znudzi i przeminie. Stwierdzenie, według mnie, bardzo bezsensowne i śmiem stwierdzić, że to jedna z naprawdę niewielu mód o dobrych skutkach i... która jednak nie przeminie.

10. Cycki

Powód dotyczący akurat facetów - kurczak (ale i mięso/mleko innych zwierząt hodowlanych) powoduje ginekomastię. Jest to jeden z wielu efektów ubocznych dodawania do paszy antybiotyków i hormonów (estradiol 17-beta, estrogeny, testosteron) powodujących szybsze przybieranie masy tych zwierząt, sztuczne zwiększanie apetytu i przyspieszony wzrost ich piersi.
(...)
 
11. Sprawność

Wielu sportowców ("amatorów" też!) gorąco przyznaje, że weganizm działa niczym dopalacz dla ciała. Mózgu zresztą też. Zaś w celu polepszania sprawności fizycznej i poziomu energii szczególne oklaski zbiera weganizm wysokowęglowodanowy, do którego zwolenników sam się mogę zaliczyć.

12. Pasożyty

Przez ciała zwierząt przenoszą się takie pasożyty jak: tasiemiec nieuzbrojony (od krowy), tasiemiec uzbrojony (od świni), włosień kręty (od świni lub dzika), bruzdogłowiec szeroki (od ryb) - można ich uniknąć jedynie przez wykluczenie pokarmów mięsnych. Co ciekawe - w układzie nerwowym zwierząt znajdują się białkowe cząstki zakaźne zwane prionami. Chyba najbardziej znaną chorobą prionową jest gąbczasta encefalopatia bydła znana szerzej jako choroba szalonych krów. Powstała ona w Wielkiej Brytanii na skutek rozpoczęcia karmienia krów paszą zawierającą bydlęce mózgi i kręgosłupy. Z tego powodu zrezygnowano z pomysłu podobnego paszowego recyklingu w przypadku owiec albo... leczenia niedoczynności przysadki u ludzi za pomocą zjadania sproszkowanych przysadek martwych osobników homo sapiens.

13. Schudniesz

Punkt dla tych, którym to szczególnie potrzebne, choć zdecydowanie lepiej skupić się na zdrowiu i dobrym samopoczuciu niż na "idealnej" wadze. Bo jak będzie zdrowie, to zwykle pojawi się i wygląd. Rośliny są pożywieniem o niezbyt wysokiej kaloryczności, szczególnie zaś warzywa i owoce. Weganie mają statystycznie niższe BMI niż reszta populacji. Jednak warto przypomnieć, że frytki także są teoretycznie wegańskie (teoretycznie, bo to zależy od składu frytury), więc dalej można być weganinem/weganką i śmiało wkładać do ust fast food'a. Jedno nie wyklucza drugiego. A przykład pandy jest świetnym przykładem otyłości na diecie roślinnej ;)

14. Głód na świecie?

Prawdą jest, że głód na świecie jako stricte zjawisko niestety nigdy nie zostanie zatrzymany, bo... nikomu by się to nie opłacało. Jednak prawdą jest także, że około 80% produkcji zbóż w krajach wysoko rozwiniętych jest przeznaczanych tylko i wyłącznie na hodowlę zwierząt. W skali światowej jest to około 40%. Żeby nie rzec, że jest to potworne w skutkach marnotrawstwo.
(...)

15. Od-uzależnisz się

Mleko każdego ssaka zawiera substancje uzależniające (pochodne morfiny, np. kazemorfinę), które w pewien sposób uzależniają od niego potomstwo. Między innymi dlatego dzieci płaczą, gdy nie dostaną pokarmu z piersi matki. Dodatkowo, krowie mleko zawiera naturalne hormony i związki (głównie się rozchodzi o IGF-1), które mają za zadanie wspomóc cielaka w szybkim wzroście i nabieraniu masy, co jest odpowiednie dla tego zwierzęcia. Człowiek zaś nie rośnie w takim tempie by w ciągu dwóch lat osiągnąć masę prawie pół tony. Co dla krowy naturalne, to dla homo sapiens już nie, tym bardziej zaś po zakończonym okresie ssania z cycka. Odnosząc się do nazwy, IGF-1 to insulinopodobny czynnik wzrostu. Jego podwyższony poziom związany z dostarczanie do jamy gębowej produktów mlecznych (i mięsnych) silnie promuje zachorowania na nowotwory różnego typu - od piersi po płuca i jelito, a z innej beczki - cukrzycę. Nie tylko promuje, ale też ułatwia przeżuty i utrudnia zwalczanie. Badanie - klik. O kazeinie, nietolerowanej przez większość laktozie, czy nawet działaniu nabiału na nadprodukcję śluzu skutkującą m.in. notorycznym flikaniem, kichaniem i katarami, albo że nabiał zaburza gospodarkę fosforanowo-wapniową, czy o tym, że każda szklanka mleka zwiększa ryzyko złamania kości, to już nawet nie wspominam.

     Na koniec - weganizm to nie jest ani dieta sama w sobie, ani tym bardziej dieta odchudzająca. Jest to styl życia, który ma na celu ograniczenie eksploatacji zwierząt, ich cierpienia, zabijania i wyzysku. Wiąże się też ze świadomością w innych sferach niż jedzenie, np. ograniczenie używania kosmetyków zawierających składniki pochodzenia zwierzęcego, testowanych na zwierzętach (np. papierosów). Ale wszystko przychodzi z czasem, stopniowo, wraz z nabywaną świadomością, nikt przecież nie urodził się oświecony. Nie ma jednak już dla zwierząt większego znaczenia, czy odżywiasz się sałatą, czy smażysz frytki w domu na wegańskiej fryturze, kręcisz seitana z pszenicy niczym mnich tybetański, czy zajadasz się jak starożytny Grek figami i oliwkami prosto z drzewa. Choć zdrowa i nieprzetworzona dieta jest raczej opcją polecaną :) Skutkami diety roślinnej są np. lepsze samopoczucie, lekkość, niższe ryzyko na nowotwory każdego typu i wśród tych powodo-skutków są dziesiątki innych, których w powyższych podpunktach nawet nie liznąłem.
(...)

     Swoją drogą, szacuje się, że do 2050 roku i tak wszyscy musimy zostać co najmniej wegetarianami przynajmniej z powodów numer  4, 6 i 14. Może to myśl nader śmiała, ale w społeczeństwie, które ma zapewnić byt sobie i planecie, nie ma miejsca na spożywanie mięsa. To nawet nie ja powiedziałem. To powiedział Albert Einstein.

     Jest jeszcze jedna ważna cecha. Podstawą weganizmu nie jest jakaś tam opinia jakiegoś tam internetowego guru, koleżanki siostry matki koleżanki z pracy, wujka spod monopolowego czy kulturysty, który spróbował weganizmu, a potem mu się przyśnił niedobór białka. Weganizm bazuje na faktach, badaniach naukowych, statystykach, prostej logice. Mógłbym w tym miejscu napisać: "Go Vegan!", ale dość już tego piania i gadania. W czasach, gdy wiadomo, że mięso nie jest do zdrowia potrzebne, a nawet jest zbędne (przypominam, że zbilansowana dieta wegańska została uznana za odpowiednią dla osób w każdym wieku), czas jest na działanie. W czasach dostępnej zewsząd informacji, ignorancja jest wyborem. W czasach, gdy rocznie zabija się ponad 150 miliardów zwierząt (do tego można dodać niewliczane: wszystkie ryby wyławiane "przy okazji" i wrzucane z powrotem do mórz czy oceanów, jedwabniki gotowane dla pozyskania jedwabiu i wiele wiele innych - a wyjdzie tego co najmniej 10 razy więcej), może jednak warto wyrazić swój opór. Opór, który może wyrazić dosłownie każdy.

     Ale jedzenie mięsa to mój własny wybór, czyż nie!? No przykro mi bardzo, ale nie. Ponieważ nierozerwalnie wiąże się z cierpieniem, śmiercią i, delikatnie mówiąc, dewastacją planety. A potrzeba zmiany jest nagląca. Ponieważ naturalne ekosystemy upadają, powiększają się obszary pustynne, w oceanach powstają olbrzymie obszary pozbawione jakiegokolwiek życia, a wystarczy tylko odłożyć nóż przy schabowym.

wtorek, 24 listopada 2015

W pijalni czekolady Wedla (nie polecam) oraz dziecięce czary

W ostatnią niedzielę, gdy funkcjonowanie bryczki Wieloryba pozostawiało wiele do życzenie (przedziurawiona dętka - enty raz w tym roku!), po prostu wzięłam N. na ręce i poszłam z nią przed siebie. Sądziłam, że bez trudu znajdę jakieś osłonięte od deszczu miejsce znajdujące się zarazem na świeżym powietrzu, tymczasem musiałam przejść pół Monciaka*, zanim na takowe natrafiłam... miejscem tym była pijalnia czekolady Wedla.
Z ulgą posadziłam niemal dziewięciokilową latorośl na wiklinowym krześle obok siebie i - żeby umilić oczekiwanie na kelnera - rozpoczęłam zabawę w "A ku ku!" :)

 

Kilka minut później na drzwiach pijalni zobaczyłam kartkę "W części ogródkowej obowiązuje samoobsługa" ;) Weszłyśmy zatem do środka. Zapytałam o czekoladę wegańską. Była - jakaś specjalna mieszanka bez laktozy i cukru, którą mieli przyrządzać na mleku sojowym. Zamówiłam.


Nie mam porównania z "normalną" czekoladą (dotychczas pijalnię Wedla omijałam na rzecz Mount Blanc), lecz otrzymany napój smakował dość dziwnie. Co gorsza spowodował u mnie kosmiczny rozstrój żołądka. :/ Więcej mnie tam nie zobaczą.


*Monciak vel Bohaterów Monte Cassino - najbardziej znana ulica Sopotu, deptak prowadzący na słynne molo
.........................................................................................................................................................................

Tworzę niniejszy post w środku nocy. Ostatnio jakoś budzę się około 1-3 i "wysiaduję" co najmniej godzinę w salonie, zanim na powrót położę się do łóżka. Czuwam, czekając na karmienie, które nie nadchodzi, lub po karmieniu, nasłuchując, czy N. się nie przecknęła i nie trzeba jej pomóc w ponownym zaśnięciu. Od niedawna zdarzają jej się w nocy dłuższe przerwy w jedzeniu niż trzy godziny... "Nareszcie!" - chciałoby się wykrzyknąć, lecz z drugiej strony czuję jakiś smuteczek, że dorasta... Ponoć wszystkie matki tak mają, obserwując rozwój swoich dzieci. Czują dumę i żal zarazem. 
Dziecko (a w szczególności zdrowe dziecko) to szczęście. I miłość. Wszechogarniające Szczęście i Miłość bez granic, aż do łez. Te małe paluszki nieustannie wczepiające się we włosy, te niewinne a zarazem sprytne oczka, to rozbrajające "A gu... a bu... rrrrrr... rrrrrr... pff..." (nie jestem w stanie tego oddać fonetycznie)... wszystko to chwyta za serce i sprawia, że kocha się coraz bardziej... chociaż wydawać by się mogło, że już mocniej się nie da. Czary, po prostu czary! <3

Witchcraft, Frank Sinatra

piątek, 13 listopada 2015

Zmagania z masłem orzechowym

Kiedy byłam dzieckiem, Tata jeździł służbowo do Holandii i zawsze przywoził stamtąd słoik/słoiki z napisem PINDAKAS :) Dziś kupienie masła orzechowego w naszym kraju nie nastręcza żadnych problemów. Niestety sklepowa wersja tego rarytasu bynajmniej nie zachwyca składem - orzeszki ziemne nie stanowią więcej niż 90% (jak dobrze!), reszta to olej, sól, cukier, być może jakieś inne syfy. Najzdrowiej wyprodukować masło orzechowe samemu, wtedy możemy uzyskać pindakas 100% orzechów ziemnych :)

Jakiś miesiąc temu pokusiłam się o zrobienie tegoż masła z niewielkiej ilości fistaszków (mniej niż jedna trzecia woreczka). Wyłuskane orzeszki rozgniotłam butelką wina (patent autorki bloga Tani Weganizm), po czym zmieliłam ręcznym blenderem, co trwało dosłownie minutę. Wyszło pyszne! (ale mało.... wystarczyło zaledwie na kilka kanapek)


Zachęcona sukcesem, następnego dnia znów kupiłam fistaszki, tym razem dwa razy więcej. Butelka wina poszła w ruch, później blender. Po dłuższej chwili urządzenie zaczęło jakoś brzydko pachnieć. Zaprzestałam więc miksowania, mimo że stan skupienia orzeszków pozostawiał jeszcze nieco do życzenia. Gdy po niecałym kwadransie sięgnęłam po blender znowu, przestraszyłam się - był bardzo ciepły, wręcz gorący. Postanowiłam znaleźć w przyszłości lepszy sposób.


Przeczytawszy na jednym z blogów, że dzięki elektrycznej maszynce do mielenia z łatwością (po zaledwie trzykrotnym zmieleniu) można uzyskać masło orzechowe, nabyłam cały kilogram łuskanych orzechów ziemnych. Pełna zapału przystąpiłam do pracy, po czym srodze się rozczarowałam. Zmieliłam całość pięć razy bez większego efektu. Sfrustrowana odłożyłam na bok większość zaledwie pokruszonych orzechów, usilnie starając się przerobić na masło choć część "substratu" - mieliłam go ponad dwadzieścia, a może trzydzieści razy (nie wiem, ile dokładnie, straciłam rachubę). Efekt (poniżej) był zdecydowanie niezadowalający...


Uruchomiłam zatem blender i dokończyłam pracy na niewysokich obrotach i z licznymi przerwami. Następnym razem spróbuję jeszcze innego sposobu... lub kupię masło w sklepie :p

 Moje typy: masło orzechowe z chili, natką i konfiturą porzeczkową :) Mniam mniam!



czwartek, 12 listopada 2015

Fenkuł z jarmużem i makaronem

Fenkuł vel koper włoski mrugał do mnie zalotnie już od dłuższego czasu. Gdy tylko przekraczałam próg delikatesów, rzucał mi się w oczy, szepcząc: "weź mnie, wykorzystaj, ugotuj, zjedz..." ;)
Nie wiedziałam, jak smakuje, nie miałam pojęcia, jak go przyrządzić, lecz pewnego dnia przestałam się opierać i kupiłam na próbę jedną sztukę.



Przeszukawszy internet, stwierdziłam, że koper włoski nie cieszy się bynajmniej wzięciem wśród kucharzy publikujących w sieci... Chcąc, nie chcąc, skorzystałam więc z niewegetariańskiego przepisu z Kwestii Smaku, oczywiście odpowiednio go weganizując :)

Składniki:
1 cebula
oliwa
1/3 szkl. białego wina
1 fenkuł
2/3 opakowania jarmużu (polecam z Biedronki)
ok. 100 g makaronu
sól, pieprz, kumin

Jarmuż poszatkować, wrzucić do miski. Zalać wrzątkiem, a następnie zimną wodą (sposób na wstępną obróbkę poznany niedawno na blogu erVegan).
Na oliwie zeszklić pokrojoną w kostkę cebulę. Wlać wino i dusić przez około dwie minuty. Dodać pokrojony fenkuł, przyprawić solą, pieprzem oraz szczyptą kuminu i smażyć kilka minut. Na koniec dodać jarmuż i ugotowany makaron (u mnie były pełnoziarniste świderki). Wymieszać i trzymać na ogniu jeszcze dłuższą chwilę.


czwartek, 5 listopada 2015

"Inicjacja" Wieloryba

Stało się. Wczoraj i dziś Mąż zaserwował Wielorybowi mięso, tj. kupił gotowy obiadek Hippa z "delikatną wołowiną". Miałam cichą nadzieję, że uda mi się odwlec mięsną inicjację córki do czasu żłobka, ale niestety... Nie było mnie przy karmieniu (wczoraj pojechałam na zumbę, dziś także celowo wybyłam z domu), nie mogłam jednak uwolnić się od myśli, że właśnie moje niewinne dziecko otrzymuje do jedzenia kawałek ciała jakiejś umęczonej istoty. Naiwnie pocieszałam się tym, że Hipp dba o zapewnienie hodowanym przez siebie zwierzętom naturalnych dla danego gatunku warunków - tak twierdził dyrektor firmy w promocyjnej gazetce. Tiaa... :/
Większość zawartości obiadku trafiła jednak do żołądka... Męża. N. zjadła zaledwie pięć łyżeczek (wczoraj trzy, dzisiaj dwie). He, he... :D Z trudem ukrywałam satysfakcję, a Mąż złorzeczył, twierdząc, że na pewno małą indoktrynuję, i że co to będzie w żłobku, jeśli nie będzie chciała jeść mięsa, że będzie głodna, że powinnam ją przyuczać do jedzenia zwierząt. Dobre sobie! Prędzej okrążyłabym nago osiedle niż się tego podjęła! ;)
A poważnie: sądzę, że N. nie chciała jeść nie ze względu na mięso (którego było w słoiczku ok. 10%), tylko z innych powodów. Może nie była głodna? A może po prostu woli jeść potrawy zrobione przeze mnie? (nieraz wcina i dwie dokładki zupy osobiście przeze mnie gotowanej i blendowanej).

niedziela, 1 listopada 2015

"Żelazna" surówka

Trzy lata temu, zapewne mniej więcej o tej porze, też pisałam post. Pijąc kawkę z mlekiem z orzechów włoskich, pełna szlachetnego zapału, porównywałam wegan (w tym i siebie) do bułgarskich budzicieli narodu... Niestety jakiś czas później mój zapał osłabł i znów stałam się "tylko" wegetarianką kreującą beznabiałowe potrawy.

Teraz jem chałwę (wegańską), piję espresso i piszę w nieco mniej patetycznym tonie. Podjęłam kolejną próbę, tym razem stopniową i od kilku tygodni unikam większości produktów pochodzenia odzwierzęcego. Odstawiłam masło, żółty ser, ukochany twaróg śmietankowy ze Strzałkowa, jogurt naturalny, a nawet mleczną czekoladę. Właściwie z niewegańskich rzeczy spożywam jedynie miód i wiejskie jajka (te ostatnie właściwie muszę - co kilka dni podaję Wielorybowi pół żółtka, a reszty jajka przecież nie wyrzucę... Mąż zaś nie przepada). 
Ponowny zwrot ku weganizmowi zapoczątkowała książeczka "Cielątko poznaje świat", a także wyszukiwanie informacji dla pewnej osoby twierdzącej, że istnieje pewien rodzaj krów, które dają mleko same z siebie, niezależnie od posiadania cielaka. Później obejrzałam sobie wykład Gary'ego Yourofsky'ego, który od lat trzymam w jednej z "zakładek", poczytałam również dla odświeżenia pamięci kilka artykułów. Nie bez znaczenia jest również fakt, że sama jestem matką karmiącą. Jakbym się czuła, gdyby odebrano mi N. zaraz po porodzie? Gdyby mleko produkowane dla mojej córeczki było odciągane dla zaspokajania czyichś chorych apetytów? 

Wczoraj wybrałam się z Wielorybkiem na dłuuugi spacer. Pchałam i ciągnęłam wózek (głównie plażą) aż do molo w Orłowie! Mimo wysiłku strasznie przemarzłam, dlatego skusiłam się na kawkę z mobilnej kawiarenki Cup&Cakes.



Początkowo zamierzałam kupić podwójne espresso z syropem, lecz dowiedziawszy się, że kawiarnia ma w asortymencie... mleko sojowe (miłe zaskoczenie), zdecydowałam się na latte. Nie poczułam najmniejszej różnicy między latte sojowym a krowim (czyżbym została oszukana? ;) - było pyszne i rozgrzewające.

A teraz czas na przepis. Poniższą surówkę przyrządzam zawsze, gdy serwuję N. krem z buraka (średnio raz w tygodniu).


ŻELAZNA SURÓWKA :)

Składniki:
1/3 selera
1 burak
2 plasterki cebuli
1 czubata łyżka natki pietruszki
3 łyżki prażonych pestek dyni
sok z 1 grubego plasterka cytryny

Seler i burak kroję w grubą kostkę, dodaję posiekaną cebulę i natkę pietruszki oraz pestki dyni. Wyciskam sok z cytryny*. Mieszam. Spożywam :]



*Po Babuńci "odziedziczyłam" masę specjalistycznych sprzętów kuchennych, m.in. maszynę do sorbetów, lejek do słoików i wyciskacz do pojedynczych plasterków cytryny...