wtorek, 24 listopada 2015

W pijalni czekolady Wedla (nie polecam) oraz dziecięce czary

W ostatnią niedzielę, gdy funkcjonowanie bryczki Wieloryba pozostawiało wiele do życzenie (przedziurawiona dętka - enty raz w tym roku!), po prostu wzięłam N. na ręce i poszłam z nią przed siebie. Sądziłam, że bez trudu znajdę jakieś osłonięte od deszczu miejsce znajdujące się zarazem na świeżym powietrzu, tymczasem musiałam przejść pół Monciaka*, zanim na takowe natrafiłam... miejscem tym była pijalnia czekolady Wedla.
Z ulgą posadziłam niemal dziewięciokilową latorośl na wiklinowym krześle obok siebie i - żeby umilić oczekiwanie na kelnera - rozpoczęłam zabawę w "A ku ku!" :)

 

Kilka minut później na drzwiach pijalni zobaczyłam kartkę "W części ogródkowej obowiązuje samoobsługa" ;) Weszłyśmy zatem do środka. Zapytałam o czekoladę wegańską. Była - jakaś specjalna mieszanka bez laktozy i cukru, którą mieli przyrządzać na mleku sojowym. Zamówiłam.


Nie mam porównania z "normalną" czekoladą (dotychczas pijalnię Wedla omijałam na rzecz Mount Blanc), lecz otrzymany napój smakował dość dziwnie. Co gorsza spowodował u mnie kosmiczny rozstrój żołądka. :/ Więcej mnie tam nie zobaczą.


*Monciak vel Bohaterów Monte Cassino - najbardziej znana ulica Sopotu, deptak prowadzący na słynne molo
.........................................................................................................................................................................

Tworzę niniejszy post w środku nocy. Ostatnio jakoś budzę się około 1-3 i "wysiaduję" co najmniej godzinę w salonie, zanim na powrót położę się do łóżka. Czuwam, czekając na karmienie, które nie nadchodzi, lub po karmieniu, nasłuchując, czy N. się nie przecknęła i nie trzeba jej pomóc w ponownym zaśnięciu. Od niedawna zdarzają jej się w nocy dłuższe przerwy w jedzeniu niż trzy godziny... "Nareszcie!" - chciałoby się wykrzyknąć, lecz z drugiej strony czuję jakiś smuteczek, że dorasta... Ponoć wszystkie matki tak mają, obserwując rozwój swoich dzieci. Czują dumę i żal zarazem. 
Dziecko (a w szczególności zdrowe dziecko) to szczęście. I miłość. Wszechogarniające Szczęście i Miłość bez granic, aż do łez. Te małe paluszki nieustannie wczepiające się we włosy, te niewinne a zarazem sprytne oczka, to rozbrajające "A gu... a bu... rrrrrr... rrrrrr... pff..." (nie jestem w stanie tego oddać fonetycznie)... wszystko to chwyta za serce i sprawia, że kocha się coraz bardziej... chociaż wydawać by się mogło, że już mocniej się nie da. Czary, po prostu czary! <3

Witchcraft, Frank Sinatra

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz