środa, 14 listopada 2012

Pasta do zębów testowana... na mnie

Kilka dni temu, przeglądając jeden z moich ulubionych blogów Weganizm infantylny, znalazłam przepis na domową pastę do zębów. Zaintrygowana postanowiłam ją przetestować.


W filiżance trzonkiem pilnika do ostrzenia noży (cóż... nie mam moździerza) utarłam zawartość jednej torebki mięty i jednej torebki szałwii. Dodałam czubatą łyżeczkę soli morskiej, trzy czubate łyżeczki sody oczyszczonej. Ostrożnie wlałam do mikstury siedem łyżeczek wody i wymieszałam. Podświadomie spodziewałam się jakiegoś wybuchu, chociażby syczenia lub bąbelków, tymczasem nic takiego się nie stało i mogłam spokojnie nałożyć moją zieloną pastę na szczoteczkę do zębów.

  
Da się przeżyć, choć nie ukrywam, że zdecydowanie lepiej "smakuje" tradycyjna pasta. Chyba trzeba będzie jeszcze popracować nad recepturą. Może dodać więcej sody, a zioła zmielić w młynku do kawy? A może poddać powstałą pastę jakimś dodatkowym zabiegom - ucieraniu, obróbce cieplnej, pasteryzacji... ;) Dobrze, sama wiem, że wymyślam.

Kończę pisać niniejszy post przy akompaniamencie Row row row your bout w wykonaniu Brata, który uczy się grać na ukulele :) Świetnie mu idzie, śpiewa znacznie lepiej (czyt. żwawiej, bardziej swojsko), od wokalisty z poniższego filmiku:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz